RÓŻA FISZMAN-SZNAJDMAN

(1913-1985) — urodziła się Lublinie w niezamożnej rodzinie żydowskiej. Do II wojny światowej mieszkała z rodzicami i rodzeństwem w kamienicy przy ulicy Lubartowskiej 21 (po wojnie 47) na IV piętrze mieszkała Róża Fiszman-Sznajdman, autorka najbardziej znanej książki o żydowskim Lublinie “Mój Lublin”. W swojej książce opisuje budynek i jego mieszkańców. „Dom składał się właściwie z czterech budynków, które zamykały podwórze z wiecznie brudną ubikacją, przeznaczoną dla lokatorów. W domu moim mieszkali przeważnie ludzie biedni. Mieli zawsze kłopoty z zarabianiem na utrzymanie” (Cyt. za.: Mezuza z tego domu, http://mipolin.pl/files/expo.pdf, s. 57.). Dzieciństwo i młodość wspomina, iż wielu było szewców, kamaszników i krawców, potem tragarzy, piekarzy, papierośników, druciarzy i kotlarzy oraz różnego rodzaju muzyków. Kobiety najczęściej były praczkami, bieliźniarkami, maglarkami. Dominowały maleńkie sklepiki i warsztaty, zatrudniające najczęściej jedynie właściciela i rodzinę. Nie brakowało obwoźnych handlarzy i handlarek, których cały „sklep” stanowił kosz wypełniony owocami lub pieczywem, a towar mieścił się w pchanym przed sobą wózku (R. Kuwałek R., Terra incognita. Ulica Szeroka w Lublinie, „Scriptores” 2003, nr 2, s. 10). Była absolwentka lubelskiego Żydowskiego Gimnazjum Humanistycznego (Szkoły w Lublinie, „Scriptores” 30 (2006), s. 177.), zaś po maturze obracała się w kręgach aktywistów i aktywistek społecznych powiązanych z organizacjami komunistycznymi (Żydzi w lubelskiej strukturze Komunistycznej Partii Polskihttp://tnn.pl/%C5%BBydzi_w_lubelskiej_strukturze_Komunistycznej_Partii_Polski,3002.html).

W 1982 r. wydano w Izraelu książkę „Mein Lublin” („Mój Lublin”) , napisaną już na emeryturze w języku jidysz, zawierającą jej wspomnienia z przedwojennego Lublina. Polskie wydanie książki w 1989 r.jako jedna z pierwszych pozycji poświęconych przedwojennemu żydowskiemu Lublinowi. Współistnienie ludności żydowskiej i polskiej w Lublinie widoczne było na każdym kroku codzienności. Specjały małych żydowskich sklepików cieszyły się takim samym powodzeniem, jak rarytasy tzw. sodówek prowadzonych przez mieszczan lubelskich, i gdy „piekarze żydowscy kojarzyli się z niezwykłymi bułkami, cebularzami i chałką, polscy – z wszelkiego rodzaju słodkościami”.

Jedne z najciekawszych wspomnień to opis: pogrzebu rabina Mejera Szapiro, podczas którego ulice Lublina: „[…]znów zapełniły się czarnymi kapotami, czapkami sobolowymi i białymi pończochami. […] pogrzeb rabina Szpirego. […] obserwowałam […] z budynku Alterów, sąsiadów z IV piętra, bo tylko stamtąd mogłam zobaczyć dokładnie cały kondukt pogrzebowy. Przestrzeń od Bramy Krakowskiej aż do rogatki Lubartowskiej była wypełniona uczestnikami uroczystości. Widok tak ogromnej masy ludzi zapierał dech. Pierwszy i ostatni raz widziałam zgromadzonych na jednym miejscu tylu Żydów. Wśród tradycyjnych kapot gdzieniegdzie tylko bieliły się pończochy galicyjskich Żydów lub sobolowa czapka (http://www.fzp.net.pl/historia/majer-szapiro-i-jesziwas-chachmej-lublin)”;piekarni Trejglów: „piekarnia Trejglów (piekarnia Ireny i Witolda Trejgllów przy ul. Lubartowskiej 32) pojawiła się nagle. Na początku nikt z mieszkańców nie miał odwagi przestąpić jej progu. Stopniowo zaczęli pojawiać się pierwsi klienci, od których dowiedziano się, że Trejglowie są bardzo uprzejmymi sprzedawcami, a ich pieczywo wyróżnia się doskonałym smakiem. W ten sposób Trejglowie zdobywali coraz więcej klientów i wkrótce stali się konkurentami żydowskich piekarzy (A. Zacharewicz, Róża Fiszman-Sznajdman (1913 – 1985), dz. cyt.)”; ulic Zamojskiej i Rybnej: „Na lewo w dolnej jej części znajdowało się seminarium duchowne, naprzeciwko – kilka zamieszkanych domów czynszowych, w których, jak mówiono miały swoje meliny prostytutki i sutenerzy […] „W latach późniejszych Rybna miała złą opinię. Wieść głosiła, że miały tam meliny prostytutki, które prowadziły na nie swoich „gości” werbowanych przy Bramie Krakowskiej (R. Fiszman-Sznajdman, Mój Lublin, Lublin 1989, s. 161.)”; nożownika z ul. Lubartowskiej znanego pod nazwiskiem Motyka, lubelskiego Al Capone, który miał swoją rezydencję w domu oznaczonym numerem 23 (dziś to numer 49 – red.) albo na placu między Lubartowską a Ruską. Tam też swoje interesy przeprowadzał przy pomocy nieodłącznego noża. Był postrachem mieszkańców całej okolicy. „My, dzieci, omijałyśmy go z daleka, choć „obowiązkiem” było go znać – wspominała R. Fiszman-Sznajdman, która miała wątpliwe szczęście widywać Motykę, gdyż mieszkała w domu sąsiadującym z miejscem jego „operacji”. Autorka pisała, że Motyka nie zawsze miał szczęście i kiedyś został porżnięty tą sama bronią, jakiej używał. Dostał nożem w brzuch, twarz i nogę. Przez kilka miesięcy musiał kurować się w szpitalu. Gdy wyszedł, kulał i miał długą szramę na policzku (A. Dybek, Półświatek z zaświatów. Gdzie w Lublinie były domy publiczne?, http://www.dziennikwschodni.pl/magazyn/n,1000016733,polswiatek-z-zaswiatow-gdzie-w-lublinie-byly-domy-publiczne.html Zob. M. Rodak, Mit a rzeczywistość. Przestępczość osób narodowości żydowskiej w II Rzeczypospolitej. Casus województwa lubelskiego”, Warszawa 2013.).

Opracowała K.Zabratańska